Pięknie nam się zaczął ten miesiąc. Przepięknie. Nie pamiętam takiego dnia Wszystkich Świętych. Śmiałam się, że pierwszy raz w życiu w tym dniu nie miałam rękawiczek. A były takie dni, że miałam ich nawet dwie pary.
Pamiętam ten dzień z dzieciństwa, gdy stałyśmy z siostrą przy grobie w zaspach śniegu. I ... raczej tak postrzegam 1 listopada. Potem był dziki galop do domu, a blisko nie było, zarzucanie nóg na kaloryfer i rozgrzewanie stóp. Wcześniej polewanie dłoni ciepłą wodą, jak kto pierwszy dobiegł do łazienki. I ten kożuch mamy. Ciężki. Śmierdzący naftaliną. Niemodny dla nastolatki. Ale jak fajnie było go mieć, gdy mama nie szła na cmentarz. A było tak, gdy któreś z rodzeństwa było chore albo maleńkie albo pod koniec maminej ciąży. heheh pewnie ze trzy razy się załapałam, ale pamiętam to oburzenie, wstyd przed rówieśnikami, a potem ... dumę i radość, że jednak mniej zmarzłam od niektórych:)
Dzisiejszy 1 listopada jakże odmienny, jakże ciepły, kolorowy, wręcz bajeczny. Tylko czemu tak wiele grobów przybyło. Tych z rodziny, znajomych bliższych i dalszych, i tych nieznajomych. Tylu młodych i starych ludzi.
Na koniec planner listopadowy zostawiam. Kto jeszcze nie ma, niech drukuje i niech mu dobrze służy Planner do ściągnięcia




















